We wtorek w Los Angeles startują targi E3, tymczasem za sprawą serwisu Gametrailers sieć już obiegają zwiastuny gier, które zostaną zaprezentowane podczas imprezy. Moją szczególną uwagę zwrócił trailer „Star Wars: The Force Unleashed II”, który utwierdził mnie w przekonaniu, że w drugiej części przygód Starkillera, ucznia Dartha Vadera, otrzymam dokładnie to samo, co w jedynce – tylko więcej i bardziej widowiskowo.
W „Star Wars: The Force Unleashed” grałem jeszcze na konsoli ustawionej w siedzibie polskiego wydawcy gry, który przed premierą posiadał tylko jedną, dobrze zabezpieczoną kopię. Nie przeszkadzało mi to jednak w tym, by bez reszty zagłębić się w tą przepełnioną klimatem „Gwiezdnych Wojen” grę akcji wymachując we wszystkie strony mieczem i ciskając kolejne Moce w przeciwników.
Sama fabuła, a zwłaszcza jej finał, również zrobiły na mnie spore wrażenie, bo w sposób wręcz doskonały wypełniały lukę czasową pomiędzy epizodami I-III a IV-VI. W dwójce najwyraźniej możemy liczyć na kontynuację opowieści, przy czym Starkiller poświęci się teraz zemście na Lordzie Vaderze, który uznawszy swojego ucznia za niepotrzebnego (a może za zbyt potężnego?) próbuje go zamordować. Walka ze Stormtrooperami, innymi robotami oraz zbiorniki pełne klonów Starkillera widziane na koniec zwiastuna wróżą nic innego jak mnóstwo widowiskowej akcji. Już się nie mogę doczekać październikowej premiery!





Można by długo i obszernie pisać o tym, w jakim stopniu disnejowski „Książę Persji” różni się od komputerowego pierwowzoru, ze względu na różnice jakie istnieją między samymi środkami przekazu, nie ma to jednak większego sensu. Film pozbawiony jest elementu interakcji z odbiorcą, jest krótszy niż gra, koniec końców – po prostu inny. Skąd więc w ostatnich latach coraz większe zainteresowanie przemysłu filmowego adaptowaniem dzieł wirtualnej rozgrywki? Odpowiedź jest prosta – chodzi o pieniądze. Wartość rynku gier komputerowych dawno już przerosła zarobki Hollywood, a jedna tylko gra (konkretnie „Call of Duty: Modern Warfare 2”) potrafi zarobić więcej niż największy przebój w historii kina – „Avatar”. Gracze to ogromna grupa nabywców, a na dodatek mają oni skłonność do przywiązywania się do bohaterów z monitora (stąd też seryjność wielu produkcji, jak choćby właśnie „Prince of Persia”), co czyni ich idealną grupą docelową dla rządnego łatwych pieniędzy przemysłu filmowego. Bo tylko z niewielkimi wyjątkami ekranizacje gier nie zarabiają na siebie (w tego typu klapach przoduje niemiecki reżyser Uwe Boll) nawet, gdy z dobrym kinem mają tyle wspólnego, co wegetarianin z krwistym stekiem. 
