Film

Piasek zgrzyta w zębach – recenzja filmu „Książę Persji: Piaski czasu”

Gry komputerowe nie mają szczęścia do ekranizacji kinowych – powstaje ich coraz więcej, a jakość sporej części tych obrazów jest żadna. Hollywood się jednak nie poddaje i prawa do bardziej kasowych gier od razu kupowane są przez największe wytwórnie. Za zręcznościową serię „Prince of Persia” zabrał się sam Disney.

Można by długo i obszernie pisać o tym, w jakim stopniu disnejowski „Książę Persji” różni się od komputerowego pierwowzoru, ze względu na różnice jakie istnieją między samymi środkami przekazu, nie ma to jednak większego sensu. Film pozbawiony jest elementu interakcji z odbiorcą, jest krótszy niż gra, koniec końców – po prostu inny. Skąd więc w ostatnich latach coraz większe zainteresowanie przemysłu filmowego adaptowaniem dzieł wirtualnej rozgrywki? Odpowiedź jest prosta – chodzi o pieniądze. Wartość rynku gier komputerowych dawno już przerosła zarobki Hollywood, a jedna tylko gra (konkretnie „Call of Duty: Modern Warfare 2”) potrafi zarobić więcej niż największy przebój w historii kina – „Avatar”. Gracze to ogromna grupa nabywców, a na dodatek mają oni skłonność do przywiązywania się do bohaterów z monitora (stąd też seryjność wielu produkcji, jak choćby właśnie „Prince of Persia”), co czyni ich idealną grupą docelową dla rządnego łatwych pieniędzy przemysłu filmowego. Bo tylko z niewielkimi wyjątkami ekranizacje gier nie zarabiają na siebie (w tego typu klapach przoduje niemiecki reżyser Uwe Boll) nawet, gdy z dobrym kinem mają tyle wspólnego, co wegetarianin z krwistym stekiem.

Wyreżyserowany przez Mike’a Newella „Książę Persji: Piaski czasu” to kolejny wabik na pieniądze graczy. Film to o tyle wyjątkowy, że za jego powstaniem stoją specjaliści od przynoszącej krociowe zyski rozrywki dla dzieci i nastolatków – wytwórnia Disneya. Tym samym gra komputerowa zmieszała się z disnejowską przesadną poprawnością polityczną i nachalną indoktrynacją światopoglądową serwowaną w produkcjach typu „Hannah Montana”. Efektem jest starożytna Persja, przypominająca brytyjską monarchię konstytucyjną. Widząc wkraczającego do sali tronowej dobrodusznego króla Sharamana, na usta aż cisną się słowa: God save the King. Na dodatek ze swoimi uduchowionymi gadkami i zamiłowaniem do gorliwej modlitwy, władca okazuje się zagorzałym katolikiem – jak zresztą i każdy wzywający od czasu do czasu imię jedynego Boga (tego Boga!) Pers w filmie.

Oglądając ten obraz, towarzyszyło mi nieodparte poczucie przeniesienia się w czasie o dobre 60-70 lat, gdy filmowe dobre maniery nakazywały, by w „Śpiewaku jazzbandu” Murzyna grał wymalowany pastą do butów biały. W „Księciu Persji” mamy podobnie, bo w Arabów wcielają się przesadnie wysmarowani samoopalaczem niebieskoocy Brytyjczycy z nienagannym akcentem. Prym w mało udanym zgrywaniu Araba wiedzie główny bohater, tytułowy książę o imieniu Destan, kreowany przez Jake’a Gylenhalla (Amerykanin, ale akcent iście królewski). Po piętach depcze mu sir Ben Kingsley (Nizam) z gustowną czarną kredką wokół oczu oraz cała masa mniej znanych aktorów z kraju Jej Królewskiej.

Gdy już się przyzwyczaimy do tej dziwacznej konwencji i zaczniemy pochłaniać ekranową fabułę, pomiędzy zębami zgrzytać zaczyna piasek z Pustyni Marnego Humoru. „Księcia” wyraźnie chciano zrobić jako film lekki i wyszłoby to super, gdyby nie przesadne uwspółcześnienie dialogów, co psuje atmosferę baśni z tysiąca i jednej nocy obserwowaną na ekranie. Mało tego, współczesnych wtrętów nie brakuje również w samej opowieści. Persowie atakują miasto Alamut z powodu rzekomo znajdujących się tam tajnych kuźni wytwarzających broń. Moralizatorstwo następujące, gdy okazuje się, że żadnych kuźni tam nie było, podczas gdy wszystko było spiskiem „złych” łaknących skarbów miasta, jest chyba najbardziej denną aluzją do wojen w Iraku, na jaką dotąd zdobyło się kino.

Paradoksalnie, gdyby nie powyższe wady, film oglądałoby się z prawdziwą przyjemnością. Składnie i ciekawie prezentują się bowiem te wątki fabuły, które zaczerpnięto z serii gier. Opowieść o sztylecie wypełnionym piaskiem i umożliwiającym manipulowanie czasem, zmaganiu się Destana z siłami chcącymi wykorzystać moc artefaktu oraz miłości między księciem a piękną księżniczką Taminą może nie są niczym oryginalnym, ale oddają klimat serii. Twórcy „Księcia Persji” w ogóle bardzo dobrze przenieśli na ekran elementy gry – główny bohater dużo skacze po dachach, odbija się od ścian, wykonując przedziwne akrobacje czy wspina po ogromnych murach. W połączeniu z przyzwoicie zrealizowanymi sekwencjami pojedynków i walk dostajemy film pełen emocjonujących scen, w którym na dodatek jest na co popatrzeć, bo scenografia i stroje są naprawdę piękne – prawie tak samo jak Gemma Arterton, grająca Taminę.

Wybierając się do kina na „Księcia Persji: Piaski czasu” nie należy nastawiać się na rozrywkę wysokich lotów. To film, na który można pójść z 12‑letnim bratem albo pojeść w jego trakcie popcorn i przeczekać deszczowy wieczór w towarzystwie znajomych. Nie zawiodą się również gracze, bo serii „Prince of Persia” nikt przesadnie nie skrzywdził, chociaż na naprawdę dobrą ekranizację jednego z komputerowych przebojów muszą jeszcze poczekać.

Tekst powstał dla Punktu Informacji Kulturalnej.

Reklamy
Zwykły wpis