E3 trwają w najlepsze, sieć zalewają kolejne informacje, screeny, trailery i gameplaye z najbardziej wyczekiwanych gier – bo nowo ogłoszonych tytułów w tym roku jakoś (póki co) próżno szukać. Wszystko przeglądam i o ciekawszych postaram się kilka słów napisać. Na tapetę na pewno wezmę polskie „Bulletstorm”, na początek jednak przyjrzę się pierwszym obrazkom z „Shogun 2: Total War”.
Wyglądają one naprawdę pięknie, jednocześnie przełamując tradycję serii, wedle której na pierwsze grafiki z samej gry musieliśmy czekać bardzo długo. Tym razem jest inaczej, bo już pierwsze screeny prezentują (wyretuszowaną, ale jednak) faktyczną rozgrywkę. Obrazek z bitwy rozgrywanej nocą zrobił na mnie ogromne wrażenie i cieszę się, że taka możliwość po kilku latach nieobecności w najnowszym „Total War” powróci.






Można by długo i obszernie pisać o tym, w jakim stopniu disnejowski „Książę Persji” różni się od komputerowego pierwowzoru, ze względu na różnice jakie istnieją między samymi środkami przekazu, nie ma to jednak większego sensu. Film pozbawiony jest elementu interakcji z odbiorcą, jest krótszy niż gra, koniec końców – po prostu inny. Skąd więc w ostatnich latach coraz większe zainteresowanie przemysłu filmowego adaptowaniem dzieł wirtualnej rozgrywki? Odpowiedź jest prosta – chodzi o pieniądze. Wartość rynku gier komputerowych dawno już przerosła zarobki Hollywood, a jedna tylko gra (konkretnie „Call of Duty: Modern Warfare 2”) potrafi zarobić więcej niż największy przebój w historii kina – „Avatar”. Gracze to ogromna grupa nabywców, a na dodatek mają oni skłonność do przywiązywania się do bohaterów z monitora (stąd też seryjność wielu produkcji, jak choćby właśnie „Prince of Persia”), co czyni ich idealną grupą docelową dla rządnego łatwych pieniędzy przemysłu filmowego. Bo tylko z niewielkimi wyjątkami ekranizacje gier nie zarabiają na siebie (w tego typu klapach przoduje niemiecki reżyser Uwe Boll) nawet, gdy z dobrym kinem mają tyle wspólnego, co wegetarianin z krwistym stekiem. 