Gry komputerowe

Piekło „Prisoner of Ice”

To jeden z tych mrocznych przygodowych klasyków, które zawsze chciałem nadrobić. Wreszcie się udało, nawet jeśli gra nie pod każdym względem sprostała moim wyobrażeniom i oczekiwaniom.

W przeciwieństwo do nieco zapomnianego, znakomitego „I Have No Mouth, and I Must Scream”, stworzony przez Infogrames w 1995 roku „Prisoner of Ice” wciąż pozostaje żywy w pamięci wielu graczy. Gra co rusz powraca w różnych zestawieniach najmroczniejszych przygodówek, czy najlepszych growych horrorów inspirowanych prozą H.P. Lovecrafta. Dlaczego? Nie mam wątpliwości, że dzieje się to za sprawą niezwykłego, wręcz przytłaczającego nastroju grozy i niebezpieczeństwa czającego się w tej grze za każdym rogiem.

Prisoner_of_ice_1

W „Prisoner of Ice” główny bohater mierzy się z mistycznymi monstrami przez eony uwięzionymi w lodach Antarktydy, po tym jak ściśle tajny ładunek ulega stopieniu i zaczyna mordować załogę przewożącej go łodzi podwodnej. Pierwszy rozdział gry jest niezwykle klaustrofobiczny, a jeden nierozsądny ruch może doprowadzić do śmierci naszej postaci i porażki. Co ciekawe, twórcy zaimplementowali w grze autozapis przed każdym wejściem do lokacji, w której czeka na nas śmiertelne zagrożenie. Dzięki temu rozgrywka pozostaje płynna, a gracz nie musi cofać się do swoich wcześniejszych zapisów. Współcześnie to w zasadzie standard – nie tylko w grach przygodowych – ale 21 lat temu takie rozwiązanie można było uznać za nowatorskie.

Chociaż gra pamiętana jest głównie za sprawą etapów toczących się na łodzi podwodnej, to zaledwie fragment większej całości, na którą składa się również wizyta w bazie wojskowej, czy podróże w czasie! W opowieści dopatrzyłem się nieco dziur i niejasności, ale generalnie stanowi ona udany hołd trzymającej w napięciu prozie Lovecrafta, głównie za sprawą emocji które wywołuje, a nie samej fabuły, nad wyraz sztampowych postaci, czy ostatecznie dość niedużej różnorodności odwiedzanych miejsc.

To co raziło kiedyś, a dziś razi w „Prisoner of Ice” jeszcze bardziej, to nie tyle nielogiczności w zagadkach, ale trudności w rozwiązaniu części z nich ze względu na uciążliwy backtracking oraz polowanie na piksele. W bazie wojskowej nie rozwiążemy kluczowego wyzwania bez przedmiotu zabranego z gabinetu lekarskiego. Ten jednak materializuje się tam znikąd (bo w żaden sposób nie wynika to z akcji) dopiero po wykonaniu szeregu czynności w innych lokacjach. Na dodatek jest ledwo zauważalnym żółtym zbiorem pikseli na wielkim brązowym biurku… Bieganie po wszystkich lokacjach tam i z powrotem i klikanie wszystkiego na oślep, to niestety często jedyny sposób na pchnięcie akcji w „Prisoner of Ice” naprzód.

prisoner_of_ice_2

Bez względu na te przeciwności, „Prisoner of Ice” to gra wciągająca, której po prostu nie wypada nie poznać. Sam teraz żałuję, że czekałem z tym aż tyle lat! Na szczęście wersja dostępna na GOG-u została dobrze przystosowana do współczesnych komputerów, dzięki czemu nie miałem żadnego problemu z jej odpaleniem, czy płynnym działaniem, nawet na pełnym ekranie.

Pod względem przygotowania technicznego oferowanych gier, GOG wypada zdecydowanie lepiej niż Steam, gdzie bardzo łatwo nabyć grę działającą wyłącznie na komputerach sprzed dekady i starszych. Niedawno boleśnie przekonałem się o tym na własnej skórze, kiedy próbowałem odpalić grę „7th Guest”. W wersji ze Steama okazała się ona praktycznie niegrywalna na Windowsie 8, podczas gdy wersja z GOG-a śmiga aż miło…

Wracając jednak do „Prisoner of Ice”, polecam ten tytuł każdemu, kto miło wspomina takie „dorosłe” klasyki jak wspomniane „I Have No Mouth, and I Must Scream”, czy zdecydowanie najlepsze z tego grona, psychodeliczne „Sanitarium”. Wspominając złotą erę gier przygodowych pamiętajmy, że dała nam ona nie tylko zabawne „Monkey Island”, ale również te przyprawiające o gęsią skórkę, mrożące krew w żyłach dreszczowce.

Reklamy
Zwykły wpis