Gry komputerowe, Inne

O taką rewolucję żeśmy nie walczyli

Nie wypada mi komentować posunięć konkurencji, wszak firma w której pracuję działa również na polskim rynku wydawniczym. Nie zmienia to jednak faktu, że o cyfrowej rewolucji zmieniającej CD Projekt w cdp.pl swoje zdanie mam i nic nie wskazuje na to, abym prędko miał je zmienić.

Sądząc po opiniach w sieci, dla wielu osób cyfrowa dystrybucja w wydaniu cdp.pl jest sporym rozczarowaniem. Ale nie o tym chciałem napisać. Ze zdziwieniem i nieukrywanym smutkiem przyjąłem zlikwidowanie przez dawny CD Projekt programu lojalnościowego CDPROgram. Rejestrując pudełkową kopię gry dostawało się w nim punkty, które następnie można wymieniać na cyfrowe klasyki z oferty GOG.com. Dotąd skorzystałem z tej oferty może raz, teraz postanowiłem wydać te pozostałe, a moją kolekcję uzupełnił m.in. „Blood II: The Chosen” z dodatkiem oraz „Dungeon Keeper 2”, który pomimo upływu lat wciąż pozostaje diablo grywalny. Ale przejdźmy wreszcie do rzeczy…

Pomijam problemy z realizacją otrzymanych za punkty kodów na gry (te wygasły 31 października, chociaż o likwidacji lojalnościówki poinformowano graczy 5 listopada), bo tę usterkę w miarę szybko naprawiono. Moją uwagę zwróciła inna rzecz – brak nagłośnienia sprawy. Niewiele serwisów internetowych doniosło o końcu programu (ten nastąpi 12 listopada), przez co wielu graczy może po prostu nie wiedzieć o tym fakcie i straci okazję do zgarnięcia darmowych gier, które de facto im się należą, bo stanowiły punkty na nie stanowiły część kupionego w sklepie towaru.

Przede wszystkim jednak koniec CDPROgramu oznacza skasowanie zebranych dotąd punktów. Stracą na tym nie tylko ci, którzy nie dowiedzą się na czas o całej akcji. Zamknięciu lojalnościówki nie towarzyszy żadna obniżka progów (150 i 300), nic co byłoby podziękowaniem dla klientów, którzy przez lata kupowali oryginalne gry a potem je rejestrowali, ale nie mają odpowiedniej liczby punktów – oni pozostają z niczym. Jeśli nie trąci to skandalem, to przynajmniej pozostawia niesmak i kładzie się cieniem na wizerunku firmy, która – poza „Wiedźminem” – wciąż kojarzona jest głównie ze swoimi złotymi latami z początku lat dwutysięcznych. Nie trzeba jednak sięgać pamięcią tak daleko, by na przykładzie samego CD Projektu wskazać bardziej korzystne dla graczy rozwiązania niż to obecne. Kiedy gram.pl stawało się samodzielnym biznesem, częścią serwisu przestał być ówczesny system lojalnościowy CD Projektu oparty na wirtualnej walucie, za którą w sklep.gram.pl można było taniej kupować kolejne gry (a wtedy jeszcze firma ta wydawała praktycznie wszystkie największe tytuły, które obecnie jeśli nie są dystrybuowane przez lokalne oddziały np. Ubisoftu, to przez Cenegę). Wszystkie konta i listy zarejestrowanych gier przeniesiono wtedy do serwisu cdprojekt.pl, zaoferowano nowe nagrody, gracze dostali nawet jakieś bonusowe kwoty wirtualnej waluty. A dzisiaj? Koniec, zamykamy program.

I chociaż obiecuje się nową lojalnościówkę, wszystko wskazuje na to, że będzie ona startowała zupełnie od zera – ciekawe czy też z zupełnie nową listą zarejestrowanych gier? Przy okazji wykorzystywania pozostałych punktów przejrzałem zakładkę z moimi grami. Najstarszy tytuł na liście pochodził z marca 2004 roku („Warhammer 40,000: Fire Warrior” – strasznie słaba gra). Znajomy z którym potem rozmawiałem pochwalił się, że on ma rejestracje jeszcze z 2003 r. Wtedy miałem coś w rodzaju rewolucyjnego objawienia, niczym ten młody Lenin, któremu podczas drzemki na plaży pływające w Wołdze syreny wyrzucają na brzeg „Manifest komunistyczny”.

Jest końcówka 2012 roku, od lat mamy Steama, GOG.com, AppStore, dystrybucję elektroniczną, granie w chmurze, a niedługo chyba gry będą stremowane wprost do naszych mózgów – jak więc w dzisiejszych czasach powinna wyglądać „cyfrowa rewolucja”? Myślę, że taka z prawdziwego zdarzenia, przełomowa i nie bez przesady rewolucyjna, powinna mi oddać to, co moje – w wersji cyfrowej. Powinienem móc wejść na odpowiednią stronę, sprawdzić listę zarejestrowanych gier pudełkowych od danego wydawcy i mieć do nich natychmiastowy dostęp. Ściągam i gram. Mógłbym za to nawet dopłacić, bo przecież żadna firma nie zrobi czegoś takiego charytatywnie. I to byłaby prawdziwa cyfrowa rewolucja, dzięki której, bez szukania płyty na dnie szafy i bez niepewności czy nośnik będzie jeszcze w ogóle działał, znów przekonałbym się, że „Fire Warrior” naprawdę nie był wart wydania 69 zł.

Taka rewolucja byłaby naprawdę dla graczy, takiej rewolucji prawdopodobnie nigdy nie doczekamy.

Reklamy
Zwykły wpis