Gry konsolowe

„Binary Domain” – diament wśród średniaków

Kompletnie przegapiłem ten tytuł, kiedy ukazał się w lutym tego roku – podobnie jak reszta świata, sądząc z katastrofalnie niskich wyników sprzedaży gry. Zdaniem magazynu EDGE, „Binary Domain” padło ofiarą syndromu średniaka, którymi interesuje się coraz mniej graczy.

Przy całym ogromie wysokobudżetowych produkcji, nietypowych i interesujących gier niezależnych, w tym małych eksperymentów gameplayowych takich jak Home, czy tanich gier mobilnych ukazujących się co tydzień dziesiątkami, gracze nie mają podobno czasu i chęci, by sięgać po sprzedawane w pełnej cenie produkcje, co do których jakości nie mają stuprocentowej pewności. Tą – oprócz dobrze i z pomysłem przeprowadzonej kampanii reklamowej i wysokiej średniej ocen na Metacriticu – daje znana marka, co oznacza, że nowe tytuły już na starcie są na przegranej pozycji. Nie podejmując jednak ryzyka zmarnowania kilkudziesięciu złotych lub kilku godzin, łatwo przegapić takie perełki, jak „Binary Domain”.

To rozgrywka przesądza o tym, że produkcję Toshihiro Nagoshiego (współtwórcy m.in. serii „Yakuza”), zakwalifikować można wyłącznie do rynkowych średniaków. System walki oparty na wymianach ognia zza osłon terenowych nie wyróżnia się niczym specjalnym, podobnie sekwencje przełamujące standardowy gameplay, jak (przydługie) etapy na motorówkach czy ostrzeliwania się podczas pościgów na autostradzie. Wprawne oko doceni „zawziętość” przeciwników – to roboty, które po odstrzeleniu fragmentu pancerza, ręki, nogi, a nawet głowy, wciąż starają się zabić przeciwnika czołgając po ziemi, czy strzelając na oślep. Szybko rzuca się jednak w oczy powtarzalność ich zachowań, czy mała różnorodność modeli sprawiająca, że wciąż walczymy z tymi samymi oponentami, co na dłuższą metę może nużyć. Specjalnego wrażenia nie robią też walki z bossami, bo chociaż ci są imponujących rozmiarów i ciekawie wyglądają, to starcia z nimi polegają wyłącznie na wystrzeleniu całego ołowiu, jaki mamy w magazynku.

Co w takim razie sprawiło, że spędziłem przy „Binary Domain” kilkanaście godzin, nierzadko z wypiekami na mojej bladej twarzy? Fabuła. Akcja toczy się w 2080 roku, gdzie jako członek oddziału specjalnego mamy za zadanie aresztować szefa korporacji produkującej zakazane, podobne i myślące jak ludzie androidy. W pierwszej chwili nie brzmi to specjalnie odkrywczo, niespecjalnie też jest, ale świetna reżyseria cutscenek, mistrzowsko napisane, przewrotne dialogi, brak wyraźnego rozróżnienia na czarne i „białe” charaktery oraz dość zaskakujące zwroty akcji sprawiają, że „Binary Domain” to jedna z lepiej „opowiedzianych” strzelanek ostatnich kilkunastu miesięcy, jeśli nie lat. „Deus Ex: Bunt ludzkości” to nie jest, ale „Spec Ops: The Line” w wersji futurystycznej już jak najbardziej. Z jedną różnicą – masą budzących sympatię (lub wręcz przeciwnie) postaci, które już po kilkunastu minutach uważamy za swoich dobrych kumpli (lub wręcz przeciwnie).

Gra ma zresztą prosty system budowania relacji z kompanami (tych dobieramy między misjami) poprzez komendy głosowe i odzywki na proste chattery komentujące nasze zachowanie lub wydarzenia w grze. Nie jest to przełomowe rozwiązanie, podobnie zresztą jak uproszczony system rozwoju naszej postaci i towarzyszy. I tutaj zataczamy koło – „Binary Domain” to średniak. Warto jednak wypisać się z grupy osób, które nie zauważają tej produkcji, by poznać ten kawał znakomicie napisanego science fiction.

Reklamy
Zwykły wpis