Gry komputerowe, Gry konsolowe

Jak „BioShock: Infinite” ma mnie zachwycać, kiedy nie zachwyca

Najnowsza produkcja Kena Levine’a i Irrational Games jest dobra. Przemyślana i dopracowana. Naprawdę dobra. Mam jednak z „BioShock: Infinite” poważny problem – nie zachwyca mnie.

Wszystko przez emocje jakie wyzwala we mnie gra – a właściwie ich kompletny brak. Ten piękny, kolorowy świat miasta zawieszonego pośród chmur ze swoimi szyldami, plakatami, piosenkami lecącymi z radia i animacjami kinetoskopowymi został dopracowany w najdrobniejszym szczególe. Nie zmienia to jednak faktu, że Columbia stanowi tylko mało interaktywną wydmuszkę wypełnioną patrzącymi tępo NPC-ami oraz skrzynkami z lootem.

bioshock_infinite

Podobnie płytka jest pseudo religia wyzwana przez mieszkańców Columbii. Jej wynaturzona doktryna głoszona przez szalonego proroka podobno jest inteligentnym komentarzem i krytyką mormonów, sekt, wreszcie wszystkich demonów chowanych pod dywan w amerykańskiej kulturze z nietolerancją rasową na czele. Razi przy tym banałem, operuje wytartymi schematami i stereotypami, przez co usnuta wokół niej intryga traci na wartości, a przy tym jest przewidywalna.

Przede wszystkim jednak jestem rozczarowany Elizabeth. Mieszanka dziecinnej naiwności i bezkrytycznego idealizmu trzymanej od urodzenia w zamknięciu, obdarzonej nadnaturalnymi zdolnościami dziewczyny, bardziej niż moją sympatię wywoływała chęć wypchnięcia jej za burtę latającego miasta. Nie da się tego zrobić, bo Elizabeth ma dość konkretną rolę w grze. To szwędający się za graczem wytrych otwierający za nas zamki. Za każdym razem kiedy jesteśmy w potrzebie nastolatka rzuca nam też pieniądze, amunicję, czy eliksiry życia – m.in. to sprawiło, że szybko straciła dla mnie swoją wiarygodność. Brakowało tylko, żeby aportowała i przynosiła kapcie…

Wiele się mówi o tym, jak gry powinny „dorosnąć”, oprócz aplikowania adrenaliny za pomocą efektownej akcji, oddziaływać także na emocje gracza. Powinny budować więź emocjonalną z postaciami, wreszcie wstrząsać graczem, kiedy nie wszystko pójdzie po jego myśli, zaskakiwać, wzruszać – wyborem moralnym, spotkaniem miłości życia, czy śmiercią bliskiej nam osoby. Emocjami graczy targało „Heavy Rain”, czy „Spec Ops: The Line”. „BioShock: Infinite”, chociaż miało podobne aspiracje, to poległo powierzchownie skonstruowanym światem, schematyczną i przewidywalną historią z infantylnymi, wreszcie pozbawionymi osobowości postaciami.

Po kilku godzinach z grą odniosłem też wrażenie, że mechanika i zasady rozgrywki w gruncie rzeczy niewiele różnią się od mającego już sześć lat pierwszego „BioShocka”. I koniec końców wolę wrócić do podwodnego Rapture, bo efektowne bujanie w obłokach „Infinite’a” po prostu nie jest przygodą dla mnie.

Reklamy
Zwykły wpis