Gry komputerowe, Gry konsolowe

Nie rozumiem tego zamieszania wokół finału „Mass Effect 3”

Po ponad dwudziestu pięciu godzinach gry skończyłem najnowsze dzieło BioWare. Jedną z motywacji jaką mną kierowały, było doświadczenie oburzenia i rozczarowania jakie towarzyszyło dziesiątkom internautów, którzy czując się oszukani zaczęli zwracać grę do sklepów, pisać petycje, a nawet pozywać twórców do sądu.

Szczerze, to nie rozumiem tego całego zamieszania. Wręcz przeciwnie – podoba mi się, że twórcy mieli na zakończenie jakiś pomysł, konkretną wizję zamknięcia trylogii, nawet jeśli oznaczało to brak finałów diametralnie od siebie różnych. Wydaje mi się, że problem leży gdzie indziej i tu jestem w stanie zrozumieć oburzenie zwłaszcza Amerykanów – nie dostali happy endu! To wszechświata nie da się tak po prostu uratować i po wszystkim pojechać na wakacje?

Najwyraźniej nie, a nawet przy całej swobodzie decyzji jaka stoi przed nami na początku wędrówki, to w końcu stajemy wobec sił wyższych, niemożliwych do przeskoczenia, które nasz los przesądziły już dawno temu – ten determinizm także mi się podobał, chociaż trąci teologią. Jeśli mam się więc czepiać czegoś w „Mass Effekcie 3”, to nawet pomimo kilku luk czy pomysłów aż nazbyt wyraźnie zerżniętych z klasyki fantastyki naukowej, nie będzie to fabuła.

Zastrzeżenia mam przede wszystkim do mechaniki rozgrywki. BioWare wyraźnie nie potrafi sobie poradzić ze stworzeniem strzelanki, której tempo byłoby równie wysokie przez całą zabawę (walki w Londynie – rewelacja!), mechanika działała dobrze (system osłon w grze to koszmar, a nasi towarzysze są idiotami), zaś sztampowe walki z bossami nie przyprawiały o uśmiech politowania. W całej grze jest gdzieś widoczny brak pogodzenia się twórców z faktem, że seria „Mass Effect”, pomimo dość rozbudowanego elementu rozwoju postaci, powinna aspirować do stawiania jej na równi z trylogią „Gears of War” niż „Baldur’s Gate”. W tym zestawieniu wypada natomiast średnio korzystnie, przez liczne kompromisy i ugody na jakie studio poszło na etapie projektowania i programowania rozgrywki.

Nie zmienia to jednak faktu, że „Mass Effektem 3” i jego odważnym, pozostawiającym lekką gorycz w ustach zakończeniem, jestem zadowolony i nie żałuję czasu spędzonego z grą. A to już duży sukces, dla tytułu do którego zasiadam po ciężkim dniu w redakcji.

Reklamy
Zwykły wpis