Gry komputerowe, Gry konsolowe

„Bulletstorm” – pierwsze wrażenia z gry

Zabić to za mało – trzeba to jeszcze zrobić efektownie. Kto jednak myślał, że „Bulletstorm” będzie wyłącznie fajerwerkową, ale pozbawioną większego sensu strzelanką, ten…

„Bulletstorm” jest pierwszą samodzielną produkcją jaką People Can Fly stworzyło pod skrzydłami Epic Games, dla którego twórcy „Painkillera” przygotowali wcześniej udany pecetowy port „Gears of War”. Duch przygód Marcusa Feniksa jest zresztą w polskiej grze obecny na niemal każdym kroku – to z jednej strony wyraźne inspiracje (plus widoczne wykorzystywanie należących do Epic Games narzędzi itp.), z drugiej jednak mocny pastisz arcypoważnej kosmicznej sagi, jaką „Gearsy” bez wątpienia są. Kluczowe pytanie, które od kilkunastu dni zadają sobie wszyscy brzmi jednak inaczej – czy „Bulletstorm” w całości, jest równie rajcujący, jak jego krótkie, udostępnione już w sieci demo.

Wiele można o „Bulletstorm” powiedzieć i napisać, ale na pewno nie to, że jest grą do końca poważną. Jako Grayson Hunt, wyjęty spod prawa gwiezdny pirat, wraz z grupą zaufanych towarzyszy szukamy zemsty na niejakim generale Serrano. Bydlak dopuścił się wielu niegodnych czynów, na dodatek wrobił w nie Graysona i kierowany przez niego oddział Dead Echo. Niedawno Adrian Chmielarz zapewniał graczy, że „Bulletstorm” zaskoczy graczy rozbudowaną fabułą. I przyznam, że podczas gry zaskoczony zostałem bardzo, zwłaszcza luzem z jakim historia jest opowiadana. Co bowiem robi szukający zemsty żołnierz? Schlewa się jak świnia i w pijanym widzie, rzucając mięsem jak diabli, atakuje swoim niedużym statkiem gwiezdny niszczyciel z Serrano na pokładzie. Kowbojskie zachowanie przynosi połowiczny sukces, ponieważ okręt zostaje strącony i rozbija się na powierzchni planety Stygia – podobnie jak statek Graysona. Wendetta nie będzie łatwa tym bardziej, że w perspektywie trzeba znaleźć sposób na wydostanie się z tego globu.

Pierwsze starcie z Serrano to tylko wprowadzający w sterowanie tutorial. Dopiero po kilku minutach spędzonych na planecie, paru kopniakach i strzałach do przeciwników znajdujemy narzędzie wspomagające dalszą rozwałkę – smycz elektryczną pozwalającą chwytać i unosić w powietrze przeciwników. To z jej pomocą stopniowo odkrywamy kolejne sposoby na efektowne wykańczanie napotykanej hołoty.

Im bardziej jesteśmy efektowni w mordowaniu tym hojniej gra nagradza nas punktami. Zwykłe zastrzelenie kilku kolesi oznacza niewiele punktów za które nie będziemy w stanie kupić potem amunicji i nowych broni. Przyciągamy więc wrogów smyczą, wykopujemy w powietrze i odstrzelamy głowę. Albo łapiemy beczkę z benzyną i wykopujemy w grupę niemilców, których następnie ściągamy płonących przy pomocy shotguna. Gdy w międzyczasie podbiegnie do nas jakiś frajer to po prostu wkopujemy go wprost na wystające ze ściany kolce – jeśli trafimy go w „klejnoty” a w locie odstrzelimy kończynę, to zdobycz punktowa jeszcze wzrośnie. A jeśli przy tym wszystkim jesteśmy jeszcze pijani i cały ekran „pływa”, bo w lokacji znaleźliśmy butelczynę samogonu – mamy kolejne punkty. Sposoby na wykańczanie przeciwników zwą się skillhotami ale szybko przerzucamy się na konkretniejszą terminologię – temu sprzedaliśmy Arbuza, jemu Głębokie Gardło, tym Gang Banga (dzięki Bogu, że nikt nie porywał się na tłumaczenie tego słowa) a tamtego załatwiliśmy Lustracją (tu z kolei tłumacz się popisał). Twórcom naprawdę nie brakuje pomysłowości w nazwach i wyłącznie od nas zależy czy poznamy je wszystkie. Podręcznik skillshotów do którego możemy zajrzeć podczas uzupełniania uzbrojenia zawiera ich – zgodnie z zapowiedziami – nieco ponad setkę i ćwiartkę (że nawiążę tym samym do pijackiego klimatu gry).

Rzeź dokonuje się przy dynamicznej muzyce, wśród ferii barw zdobiących naprawdę nieźle zaprojektowane lokacje. Główna część akcji rozgrywa się w opuszczonym kurorcie Elysium. Jeszcze zanim tam trafimy odwiedzamy zniszczoną fabrykę i zaliczamy przejażdżkę kolejką w trakcie której strzelamy się ze ścigającymi nas drezynami i helikopterami oraz staramy uniknąć… zmiażdżenia przez toczącą się za nami gigantyczną glebogryzarkę. Widowiskowa akcja w ładnej oprawie (Unreal Engine 3 spisuje się naprawdę nieźle) doprawiona jest fantastycznym klimatem, którego grze nadają ciągłe, przeważnie mocno niecenzuralne, komentarze i odzywki Graysona – zabawa przypomina świetnego „Serious Sama”, momentami dorównując „niegrzecznością” samemu Duke’owi!

O kampanii dla jednego gracza napiszę więcej przy okazji recenzji. Bardzo spodobał mi się natomiast multiplayer. Ten składa się z trybu Echo w którym samodzielnie nabijamy wyniki na planszach z kampanii starając się piąć w górę sieciowych rankingów (a więc to takie „oszukiwane” multi) oraz faktycznej zabawy w grupie. W czteroosobowej drużynie walczymy z kolejnymi hordami komputerowych przeciwników. Eliminując ich musimy nie tylko wykręcać najlepiej punktowane skillshoty, ale współpracować z innymi. Jeden kopie, drugi odstrzela kończynę, kolejny łapie na smycz i ciska w tryby wielkiej maszyny. Między tym robimy Przeciąganie Liny rozrywając przeciwnika trzymanego naraz na kilku smyczach. Kolejne wiktorie na poszczególnych mapach przysparzają nam nie tylko punktów w rankingach ale doświadczenia pozwalającego na rozwijanie sieciowego awatara odblokowując różne rodzaje butów, zbroi, hełmów – opcji jest sporo i pozwalają stworzyć wyróżniającą się w tłumie postać.

W „Bulletstormie” drzemie ogromny potencjał, by stać się jedną z popularniejszych strzelanin sieciowych, wielu zaskoczy też kampania singlowa z wciągającą fabułą. W obu przypadkach najwięcej frajdy sprawi jednak znajdowanie coraz to fajniejszych sposobów na wykończanie przeciwnika.

Tekst powstał dla portalu cdaction.pl

PS. Dumnym autorem grafiki na początku tekstu jestem ja 🙂 To taka lekka sugestia co do oceny ukończonej już przeze mnie gry, którą podzielić mogę się dopiero po jej premierze…

Reklamy
Zwykły wpis