Film

Najgorsze już za nami – recenzja filmu „Far Cry”

Do fanów twórczości Uwe Bolla nie należę, biorąc jednak pod uwagę liczbę nakręconych przez niego adaptacji gier komputerowych, nie mogę go lekceważyć. Część jego filmów jest mierna, inne beznadziejne – a mimo to tworzy dalej. Przysłowie mówi, że ludzie uczą się na własnych błędach. Czy dotyczy to również Niemca?

Boll przede wszystkim nakręcił dobry biznes. Jeszcze kilka lat temu machinacje podatkowe pozwalały mu zarabiać na klapach własnych filmów – brak talentu reżyserskiego tylko mu w tym pomagał. Tak samo jak łasi na pieniądze twórcy gier, którzy bez większych wyrzutów sumienia sprzedawali mu prawa do kolejnych znanych marek. W ten sposób powstało „House Of The Dead” po obejrzeniu, którego naprawdę byłem bliski stania się zombie, „Alone In The Dark”, w którym Christian Slater udowodnił, że jego kariera aktorska nie tylko się skończyła, ale nigdy nie istniała, czy „BloodRayne”, gdzie Ben „Ghandi” Kingsley pokazał jak dla (marnych) pieniędzy potrafi zagrać wszystko.

Za najciekawszą z produkcji Bolla uważałem dotąd „Postala”, ponieważ z ekranizacji tej naprawdę bezmyślnej i pełnej przemocy gry udało mu się zrobić podobnie bezmyślną i pełną przemocy satyrę na współczesne społeczeństwo amerykańskie. Dzieło to może nie jest wybitne, ale dobrze nakręcone, ciekawie zagrane i przede wszystkim zabawne. Po „Postalu” zacząłem się zastanawiać: czy to możliwe by Uwe z kolejnymi swoimi filmami coraz lepiej (czyli w ogóle) uczył się fachu reżyserskiego? Teraz, gdy widziałem „Far Cry”, nie mam wątpliwości, że tak! Czytaj dalej

Zwykły wpis
Film

Piasek zgrzyta w zębach – recenzja filmu „Książę Persji: Piaski czasu”

Gry komputerowe nie mają szczęścia do ekranizacji kinowych – powstaje ich coraz więcej, a jakość sporej części tych obrazów jest żadna. Hollywood się jednak nie poddaje i prawa do bardziej kasowych gier od razu kupowane są przez największe wytwórnie. Za zręcznościową serię „Prince of Persia” zabrał się sam Disney.

Można by długo i obszernie pisać o tym, w jakim stopniu disnejowski „Książę Persji” różni się od komputerowego pierwowzoru, ze względu na różnice jakie istnieją między samymi środkami przekazu, nie ma to jednak większego sensu. Film pozbawiony jest elementu interakcji z odbiorcą, jest krótszy niż gra, koniec końców – po prostu inny. Skąd więc w ostatnich latach coraz większe zainteresowanie przemysłu filmowego adaptowaniem dzieł wirtualnej rozgrywki? Odpowiedź jest prosta – chodzi o pieniądze. Wartość rynku gier komputerowych dawno już przerosła zarobki Hollywood, a jedna tylko gra (konkretnie „Call of Duty: Modern Warfare 2”) potrafi zarobić więcej niż największy przebój w historii kina – „Avatar”. Gracze to ogromna grupa nabywców, a na dodatek mają oni skłonność do przywiązywania się do bohaterów z monitora (stąd też seryjność wielu produkcji, jak choćby właśnie „Prince of Persia”), co czyni ich idealną grupą docelową dla rządnego łatwych pieniędzy przemysłu filmowego. Bo tylko z niewielkimi wyjątkami ekranizacje gier nie zarabiają na siebie (w tego typu klapach przoduje niemiecki reżyser Uwe Boll) nawet, gdy z dobrym kinem mają tyle wspólnego, co wegetarianin z krwistym stekiem. Czytaj dalej

Zwykły wpis