Gry komputerowe

Zaległości aż po księżyc

Niedawno, w ramach nadrabiania growych zaległości, sięgnąłem po chwalone i wielokrotnie nagradzane „To The Moon”. Tytuł ten faktycznie mnie zachwycił, ale raczej nie tym, co większość graczy.

Znam przynajmniej kilka osób, które przyznają się (a nawet chwalą), że poznając opartą na podróżach w czasie sentymentalną historię miłosną w „To The Moon” płakali niczym małe dzieci oglądające śmierć Mufasy w „Królu Lwie”. Ja nie płakałem, chociaż czterogodzinną opowieść Kana Gao „łyknąłem” podczas jednego wieczoru.

to_the_moon

Poza kilkoma ładnie napisanymi dialogami (i do tego dobrze przetłumaczonymi na język polski) oraz pojedynczymi kwestiami, których nie powstydziłby się sam Paulo Coelho, historia w grze nie poruszyła mną w jakiś specjalny sposób. Miałem wręcz wrażenie obcowania z wydmuszką – opowieścią piękną z zewnątrz, ale pustą w środku. W „To The Moon” spodobało mi się za to coś zupełnie innego.

Zachwycił mnie wysiłek jaki musiał zostać włożony w stworzenie tej gry. Silnik RPG Maker XP z którego skorzystali twórcy „To The Moon”, idealnie nadaje się bowiem do generowania rozległych światów i zapełniania ich kolejnymi Pokemonami, ale niekoniecznie do silnie fabularyzowanych przygodówek, czy wręcz interaktywnych filmów. Freebird Games znakomicie poradziło sobie jednak z tym wyzwaniem.

Widać to zwłaszcza w sekwencjach zbliżających gracza do finału. Wykorzystując pojedyncze piksele i ubogą paletę barw, twórcom udało się stworzyć sceny rodem z hollywoodzkich superprodukcji. Aby to osiągnąć musieli pokonać ogromny opór materii skromnego i ograniczonego narzędzia. Udowodnili, że to człowiek kształtuje materię, a nie ona człowieka. Pod tym względem „To The Moon” jest dla mnie prawdziwym arcydziełem.

Reklamy
Zwykły wpis