Inne

Jak i co pisać o Sopach, Pipach i Actach?

Staram się w miarę uważnie obserwować dyskusje toczące się wokół zaproponowanych niedawno amerykańskich ustaw „antypirackich” mających na celu nie tyle ochronę własności intelektualnej, co represjonowanie i ściganie osób rzekomo je łamiących. Czy w ten sposób opowiadam się po jednej ze stron? Być może.

Zaciekawiła mnie dyskusja na antenie TokFM, w której ekspert stwierdził, że amerykańskie propozycje ze Stop Online Piracy Act (zwany SOPA) przypominają sytuację jakby zaczęto bombardować drogi prowadzące na bazar gdzie sprzedaje się pirackie płyty. Oczywiście można to robić, ale nie dotyka to samego pirata, rani zaś osoby postronne. Tak mniej więcej działać ma bowiem propozycja blokowania witryn internetowych (wraz z ich domenami, wymazaniem z wyszukiwarek a nawet blokadą kont bankowych) wobec których sformułowane zostaną zarzuty o naruszenie praw autorskich.

Kolejnym problemem jest chociażby to, że nie dońca wiadomo kto miałby za wprowadzanie w życie takiej procedury odpowiadać, bowiem wchodziłaby ona w życie jeszcze przed jakimkolwiek zarzutem czy wyrokiem sądowym. W efekcie każda firma – dostawca internetu, Google, czy PayPal – byłaby prawnie zmuszona do działania bezprawnego, bo przeczącego podstawowej zasadzie domniemania niewinności. Jeszcze inną kwestią jest to, że dowolna firma mogłaby „zablokować” w sieci np. YouTube, ponieważ w zasobach serwisu znalazł się nawet jeden (słownie: jeden) materiał naruszający jej prawa autorskie. Takich dylematów można mnożyć, nie jest to jednak czas i miejsce na to.

Obserwując całą dyskusję zwracam uwagę przede wszystkim na bezradność tzw. mediów tradycyjnych w opisywaniu sprawy. Prasa, radio, telewizja i czołowe serwisy internetowe najczęściej wchodzące w skład dużych „tradycyjnych” grup medialnych , będąc tym samym częścią sporu – beneficjentami praw autorskich, których wytwory są równie mocno i nielegalnie (ponieważ bez oficjalnej zgody i – a może przede wszystkim – opłaty) kopiowane w sieci. Samemu trudno mi być obiektywnym, jako że na łamach tych mediów publikuję i bywam ofiarą piratów, gdy np. skany CD-Action czy Playboksa trafiają na forum peba.

Trzeba jednak być świadomym, że „łamania praw autorskich” najczęściej nie dopuszczają się zorganizowane grupy przestępcze nastawione na zarabianie milionów kosztem moim czy jakiegoś wydawnictwa, ale zwykli ludzi chcący dzielić się informacjami z innymi. Szybki i w miarę bezpłatny dostęp do informacji leżał u podstaw internetu i chociaż wielu to nie wsmak, wizja ta dokonuje się na naszych oczach coraz skuteczniej. Dzięki skanowi wrzuconemu do sieci, mój artykuł może przeczytać sto a nie kilkanaście tysięcy osób. Z kolei dzięki temu, że ktoś wrzuci do sieci odcinek nowego amerykańskiego serialu, osoby w Polsce mogą go zobaczyć na kilka miesięcy, a czasem i lat, nim kupi go jedna z rodzimych stacji.

Dyskusja wokół ustawy SOPA czy międzynarodowego pakietu ACTA, z którego podpisaniem Polska najprawdopodobniej się wstrzyma (dziś ogłosił to minister Boni), ma znacznie głębsze znaczenie niż może się wydawać. Nie chodzi bowiem o samo „piractwo” rozumiane przez pana w szarej kurtce, który na bazarze sprzedaje najnowszą muzykę i gry po 20 zł sztuka. Celem tych regulacji wydaje się powstrzymanie trendu, z którym „wolny rynek” i „demokracja” nie potrafią sobie poradzić – wolności słowa i dostępu do informacji przybierającej nawet tak skrajne formy jak WikiLeaks. Nie potrafią sobie też poradzić z faktem, że internet przerósł jakikolwiek z dotychczasowych ludzkich wytworów – na polu komunikacji, jeśli nie w ogóle. To już więcej niż nawet wirtualne państwo mające swoich adwokatów i ministrów spraw zagranicznych w osobach prezesa Google’a oraz założyciela Wikipedii, czy własne siły zbrojne złożone z hakerów Anonymous. Internet stał się samonapędzającym, niemożliwym do opanowania bytem, którego rozwoju na pewno nie powstrzymają akcje takie jak zamknięcie stron Megaupload i Megavideo oraz aresztowanie ich właścicieli (jak się jednak okazało, obecne regulacje już umożliwiają „walkę z piratami” – po co więc nowe?).

Wydaje mi się, że jakie te nowe przepisy by nie były, to z góry są skazane na porażkę. Dlaczego? Ponieważ starymi metodami walczy się ze zjawiskiem zupełnie nowym – nie podejmuje się próby zrozumienia globalnej sieci, nie mówiąc już o uczestnictwie w niej. Mówiąc prościej: twórcy filmowi powinni być obecni w sieci ze swoimi filmami, niech np. powstaną wirtualne kina, gdzie za (naprawdę) drobną opłatą lub kompletnie za darmo (ale np. oglądając kilka reklam przed seansem) będę mógł obejrzeć filmy wprost z afisza. Twórcy gier z kolei niech inwestują w przedsięwzięcia takie jak OnLive, kiedy gra będzie bezpośrednio streamowana na mój komputer czy telewizor. Stacje telewizyjne też niech będą w całości dostępne do oglądania przez sieć. Takie przedsięwzięcia już raczkują i wróżę im duży sukces.

Zamiast penalizacji tego, co nowe, naiwnie idealistycznie postuluję więc za pójściem naprzód, odnalezieniem się w świecie kompletnie zmieniającej się konsumpcji mediów. Oczywiście wywoła to ogromną rewolucję np. w źródłach finansowania poszczególnych mediów (eliminacja części pośredników przekazu), z drugiej jednak strony obniży koszty i znacznie poszerzy zasięg, zwiększając dochody nawet od mniejszej liczby odbiorców niż obecnie (a tym samym spowoduje powstanie nowych „nadawców”, chociażby amatorskich).

Nie ma się jednak co łudzić – wtłoczenie skostniałych struktur przemysłu filmowego czy koncernów medialnych w znacznej części, jeśli nie większości, w chwili obecnej jest praktycznie niemożliwe. Przemawia za tym głównie obawa przed ryzykiem, zmianami w strukturach (a więc także zwolnieniami) oraz utratą doraźnego, ale dostępnego już teraz zysku. Firmy, które jednak podejmą wyzwanie, za kilka lat zdetronizują obecnych gigantów – nieważne czy z Sopą czy inną Pipą zapisaną w kodeksach.

Reklamy
Zwykły wpis