Film

Zombie, sentyment i trzeci wymiar

Do serii „Resident Evil” mam sentyment – lubię ją i nic na to nie poradzę. Przymykam oczy na drewniane aktorstwo, marną fabułę lub jej zupełny brak, bo nie o to chodzi. Efektowna akcja, potraktowanie tematu z przymrużeniem oka i zombie – a jak są zombie, to jest zabawa.

Do Paula Andersona mam z kolei wielki szacunek jako do świetnego rzemieślnika. Po jego filmach widać, że są stworzone wedle konkretnego zamysłu i konsekwentnie przeprowadzane pod jego dyktando od początku aż po napisy końcowe. Zamysłem tym jest dostarczenie jak największej porcji wrażeń i dobrej rozrywki. Najlepiej Anderson osiągnął to w porywającym „Death Race: Wyścig śmierci”, wcześniej zaś w „Obcy kontra Predator” pomysłowo mieszając dwie popadające w lekkie zapomnienie kosmiczne marki. A co z „Resident Evil”?

Czytaj dalej

Zwykły wpis