Gry komputerowe

Balista to nie katapulta

Od gier aspirujących do miana „historycznych” oczekuję wierności historycznym realiom – w przypadku gier strategicznych będą to odpowiednie stroje, czy wyposażenie noszone przez wojska. „Wyprawom Krzyżowym” w temacie tym podwinęła się noga. Lekko, ale boli.

Przynajmniej mnie, poczułem bowiem wewnętrzny niepokój i zdezorientowanie gdy pod murami Jerozolimy w „Lionheart: Wyprawach Krzyżowych” rozstawiałem na polu przyszłej bitwy machiny oblężnicze. Powód? Katapulta, która… no nijak nie pasowała mi na katapultę. Postanowiłem przeprowadzić szybkie śledztwo.

Otóż maszyna, którą widzimy na powyższym obrazku to nie katapulta ale balista. Różnica między tymi machinami polega na sposobie miotania pocisków. W katapulcie wykorzystywana jest energia sprężysta – naciągnięte ramię po zwolnieniu blokady prostuje się wyrzucając przy tym kamienie. Na mechanizmie balisty tymczasem wzorowała się późniejsza broń ręczna – kusza. Balista miała sztywne ramiona do których zamocowane były powrozy, przeważnie z końskiego włosia. Naciągnięte powrozy po zwolnieniu „wypluwały” nie tylko kamienie, ale również sporej wielkości strzały – stromotorowo na duże odległości lub płaskotorowo na mniejsze.

Dalsze poszukiwania doprowadziły mnie do możliwych przyczyn tej pomyłki twórców. Pierwsze katapulty i balisty powstawały w Syrii i Fenicji około 500 roku p.n.e. Niezależnie od rodzaju konstrukcji Grecy, którzy technologię tę szybko zaadoptowali i rozwinęli, nazywali je katapultami (katapeltai). Dopiero z czasem, i przy sporym współudziale Rzymian, wykształcała się coraz bardziej specjalistyczna terminologia odpowiednio nazywająca poszczególne machiny – onagery, trebusze oraz balisty i katapulty właśnie. I już byłbym skłonny wybaczyć twórcom „Lionheart” terminologiczne faux pas, gdyby nie fakt iż nazwa „balista” dla przedstawionego w ich grze oręża funkcjonuje w sztuce wojennej już od IV wieku p.n.e. Więcej niż prawdopodobne jest zatem, że rycerze podczas III wyprawy krzyżowej (1189-1199 r.) właśnie tak je nazywali, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę, iż ówcześnie była to o wiele bardziej rozpowszechniona maszyna niż współcześnie.

Może zbytnio roztrząsam taki szczegół, ale dość dobrze oddaje on ogólny obraz „Lionheart: Wypraw Krzyżowych”. Niby nie jest to gra zła, ale wyjątkowo szybko się nudzi, w rozgrywce pełno jej mniejszych i większych niedoróbek, kuleje sztuczna inteligencja, odpycha przestarzała grafika, denerwują problemy techniczne. Jeśli mamy akurat ochotę na dobrą strategię realiach średniowiecza, zdecydowanie lepiej sięgnąć po sprawdzonego „Medievala II”, a w szczególności dodatek „Królestwa”, w którym jedna z czterech kampanii porusza temat krucjat – frajda dużo większa, no i kilka groszy zaoszczędzonych.

PS. Bardzo pomocna w moich poszukiwaniach okazała się strona Machiny Wojenne.

Reklamy
Zwykły wpis